Jesienią 1867 roku Kraków stał się areną wydarzenia, które wzbudziło niepokój i sensację wśród mieszkańców. W kamienicy znajdującej się przy ulicy Szpitalnej doszło do dramatycznej zbrodni, której ofiarą padła znana ze swojej zaradności i majątku seniorka. Sprawa, choć rozgrywała się za zamkniętymi drzwiami mieszkania, szybko obiegła całe miasto i trafiła na łamy lokalnych gazet.
Kobieta o niezwykłej reputacji i skromnym życiu
Ofiarą napaści była Agnieszka z Grotów Żychowiczowa, 83-letnia wdowa, której losy budziły zainteresowanie nie tylko ze względu na zgromadzone przez lata bogactwo. Chociaż posiadała znaczny majątek, wiodła bardzo proste życie; z własnej woli wynajmowała pokój jako sublokatorka w domu rodziny Korytowskich. Jej decyzja o nieposiadaniu własnej nieruchomości była tematem rozmów wśród sąsiadów i znajomych. Zawsze uchodziła za osobę rozsądną i przezorną, co tylko pogłębiało szok po tragicznych wydarzeniach.
Noc, która odmieniła spokojną kamienicę
To właśnie tu, przy Szpitalnej 7, w noc z 2 na 3 października 1867 roku, rozegrały się dramatyczne chwile. Hałasy dochodzące z pokoju Żychowiczowej zaalarmowały syna gospodarzy, Mieczysława Korytowskiego. Po wezwaniu pomocy i wejściu do pomieszczenia natrafiono na scenę, która na długo zapadła w pamięć świadków: ciało starszej kobiety leżało wśród rozrzuconych przedmiotów, co sugerowało, że sprawca szukał wartościowych rzeczy.
Pierwsze godziny śledztwa i analiza miejsca zbrodni
Tuż po odkryciu ciała, na miejsce ściągnięto funkcjonariuszy, magistraturę oraz lekarzy, którzy przystąpili do szczegółowych oględzin. Przeprowadzone badania wykazały, że kobieta została najpierw uderzona nieznanym, tępym przedmiotem, a następnie uduszona. W jej zaciśniętej dłoni odnaleziono kosmyki włosów należące do napastnika, co potwierdzało, że próbowała się bronić.
Intrygujące szczegóły i pierwsze hipotezy śledczych
Śledczy niezwłocznie przystąpili do ustalania przebiegu zdarzeń. Zwrócono uwagę na kilka nietypowych elementów: okienna klapa pozostawała otwarta, lecz nie było śladów świadczących o włamaniu. Ustalono także, że pokój posiadał dwa wejścia – jedno z nich było zamknięte od środka, co oznaczało, że przestępcą mógł być ktoś z wewnątrz budynku lub osoba dobrze znająca rozkład mieszkania. Takie szczegóły nasuwały podejrzenia o celową próbę zmylenia organów ścigania.
Rola mieszkańców i narastające podejrzenia
Policja zaczęła analizować zeznania mieszkańców kamienicy. W centrum uwagi znalazł się Mieczysław Korytowski. Jego wyjaśnienia dotyczące tego, co słyszał w nocy, nie były zgodne z ustaleniami śledczych. Co więcej, tuż po zbrodni zaczął regulować swoje zobowiązania finansowe, choć wcześniej jego sytuacja była bardzo trudna. Tłumaczył, że pieniądze pochodziły od rodziny, lecz nie potrafił tego przekonująco wyjaśnić. Wśród domowników narastały niepokoje i domysły.
Gromadzenie dowodów i przebieg procesu sądowego
W ówczesnych realiach nie istniały jeszcze nowoczesne techniki śledcze, jednak zebrane poszlaki okazały się znaczące. U Korytowskiego odnaleziono wytrych, którym można byłoby otworzyć drzwi do pokoju ofiary. Zwrócono także uwagę na ślady walki na jego dłoniach. Proces sądowy ruszył w lutym 1868 roku i choć zarzuty oparto na poszlakach, to zebrany materiał uznano za wystarczający do wydania wyroku. Sąd skazał Mieczysława Korytowskiego na 20 lat ciężkiej pracy przymusowej. Najwyższy Trybunał Sądowy w Wiedniu, po rozpatrzeniu odwołania we wrześniu tego samego roku, utrzymał wyrok w mocy, kończąc tym samym jeden z najbardziej głośnych kryminalnych procesów XIX-wiecznego Krakowa.
Źródło: Urząd Miasta Krakowa
